Dec 212014
 

Patrzeć, jak Słońce powoli wychyla się zza krawędzi. Jak pierwsze promienie zaczynają muskać ucho, policzek, skroń, docierają do oka. Potem przesuwać się znowu odrobinę do cienia i doświadczać, czuć to jeszcze raz. Jak powoli cień przechodzi w światło.
Albo schodzić kawałek w dół zbocza, żeby jeszcze raz zobaczyć wschód Słońca. Nie Słońce samo w sobie, ale właśnie wychodzenie z cienia.

Bo przesilenie, bo najdłuższa, najciemniejsza noc w roku. Bo nowy Księżyc i nowe Słońce.

Bo tam, gdzie Życie, tam światło i ciemność. I nieustanne przechodzenie jednego w drugie. I nieustanne bycie jednego w drugim.

 21/12/2014